RSS

Archiwum dnia: 11/08/2018

Powrót s. Marilyn

Zamieszki w Port-au-Prince spowodowały też kłopoty z powrotem s. Marilyn, która miała wracać w tym samym czasie. W dodatku, kiedy dowiedziałyśmy się, że znowu jest niebezpiecznie, ona była już w drodze powrotnej (czekała na samolot w Orlando, skąd miała lecieć na Haiti). Po doświadczeniach z odwiezieniem Agnieszki, wiedziałyśmy, że jej powrót nie jest dobrym pomyslem: nawet, jeśli doleci na Haiti, nie będzie mogła wydostać z się z lotniska, przejechać bezpiecznie przez stolicę i dotrzeć do Jacmel. Przy pomocy przyjaciół przesunęła więc swoj wylot o jeden dzień. Ale było wiadomo, że ten jeden dzień nie zmieni wiele w sytuacji na Haiti…

Wpadłyśmy na pomysł, by poszukać kontaktu z człowiekiem, który lata małym samolocikiem z Port-au-Prince do Jacmel. Dotąd nigdy z tego transportu nie korzystałyśmy, bo nie dość, że podobno bardzo drogi, to jeszcze bardzo nie ufamy haitańskiej technice i uważałyśmy, że bezpieczniej samochodem przez góry, niż samolocikiem ponad górami.

Ale ponieważ sytuacja była bez wyjścia, pojechałam na to, co w Jacmel nazywają lotniskiem, żeby się tam kogoś poradzić. Okazało się, że pilot jest… Amerykaninem! Roger – bo tak ma na imię – kontaktował się już z Erikiem, naszym przyjacielem- pilotem ze Stanów, lecieli już kiedyś razem, więc bez problemu zgodził się przywieźć s. Marilyn, a cena, którą ustalił, też była „życzliwa”. Tylko jak dowieźć s. Marilyn z lotniska w Port-au-Prince do punktu, z którego Roger mógł ją zabrać?

Nasz kierowca Fritz i Jean-Philippe zgodzili się pojechać w nocy, zanim jeszcze zacznie się kolejny dzień protestów, i odebrać Marilyn z lotniska, a potem przewieźć do samolotu Rogera. Oni tak nie rzucają się tutaj w oczy, jak my – z naszą bladą skórą i w jasnych habitach. Jako mężczyznom, łatwiej im też poradzić sobie ze staniem w korku bez toalety, czy ewentualnie spaniem w samochodzie.

Jak wiele już razy wcześniej i tym razem doświadczyłyśmy, że jest z nami Pan Bóg, choć bardzo nas ta sytuacja wystraszyła: baliśmy, czy nasi chłopcy dotrą bezpiecznie, czy Marylin doleci, czy uda się ją przewieźć. Baliśmy się, jak będzie wyglądał jej lot do Jacmel i jak powrót chłopaków samochodem…

Wszystko się udało. Pan Bóg jest miłosierny i łaskawy. Marylin w Jacmel, a wkrótce wrócili też bez szwanku nasi dzielni panowie…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11/08/2018 w Uncategorized

 

Pożegnanie

Trudne są rozstania… Odwiozłam Agnieszkę na lotnisko do Port-au-Prince. Okazało się, że od nowa wybuchły protesty, ludzie znowu na ulicach… Nie wiedziałyśmy tego, wyjeżdżając z Jacmel. Ale już na przedmieściach stolicy okazało się, że jest potężny korek. Nasz kierowca próbował jechać bocznymi drogami. Niewiele to zmieniało. Nie bardzo było wiadomo, co się dzieje. Na Agnieszki samolot zdążyłyśmy prawie w ostatniej chwili. Szczęśliwie odleciała, ale ja z kierowcą wracaliśmy cały dzień. Momentami było dość dramatycznie: samochody stały w tym upale i w jedną, i w drugą stronę, nie można było jechać do przodu, ale też w żadną stronę się wycofać. Ściskałam w ręku gaz pieprzowy, który dostałyśmy od przyjaciółki w Stanach, i modliłam się. Baliśmy się wyjść z samochodu, choć wokół było pełno ludzi. Informacje, które udawało się nam wychwycić, przerażały jeszcze bardziej: podobno policja otworzyła ogień i są zabici. W końcu jakimś cudem trochę udrożnił się przejazd. Pod wieczór cali i zdrowi byliśmy w Jacmel…

Poniżej laurka, którą nasze dziewczyny przygotowały dla Agnieszki:

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11/08/2018 w Uncategorized