RSS

Nawet Mrożkowi by się nie śniło…

17 Sty

Parafia Królowej Pokoju w Maywood w Stanach w październiku 2013 zorganizowała zbiórkę przyborów szkolnych dla dzieci na Haiti. W akcję włączyło się mnóstwo ludzi. Na początku grudnia otrzymałyśmy informację, że paczka dotarła do Port-au-Prince. Następnego dnia pojechałyśmy do urzędu celnego w porcie, by ją odebrać. Nie miałyśmy pojęcia, że to będzie początek długiego i trudnego procesu, a właściwie scenariusza do komediodramatu, którego nie wymyśliłby nawet Sławomir Mrożek.

Pierwszy urzędnik powiedział nam, że najpierw musimy pojechać do innego miejsca, na drugim końcu PaP. Bardzo dziękowałyśmy Bogu za Fritza, naszego kierowcę – zna stolicę, tamtejsze korki i skróty i sprawnie jeździ po tym mieście o ciasnych, zatłoczonych uliczkach, mieście chyba bez przepisów o ruchu drogowym. Na wskazanym miejscu otrzymałyśmy dokumentację i polecenie dokonania opłaty za nie. Droga do banku, korki, kolejka, opłaty.

Wracałyśmy z przekonaniem, że teraz dostaniemy naszą przesyłkę. Zaskoczenie: urzędnik mówi nam, że „same tego nie załatwimy”, że „potrzebujemy wyspecjalizowanego pośrednika”. Tutaj wszystko opiera się na piętrzeniu przeszkód tak długo, aż zrozpaczony klient wynajmie pośrednika i da zarobić licznej rzeszy potrzebnych i niepotrzebnych urzędników. Mijają kolejne dni. W końcu się poddajemy. Za każdy dzień przechowywania przesyłki w porcie trzeba będzie zapłacić. I choć postój nie z naszej winy – haitańskie pomysły na wyciągnięcie z obcokrajowca pieniędzy bywają nieprzewidywalne. Wynajmujemy „pośrednika” – urzędnika, który zajmuje się naszą sprawą. On kieruje nas do kolejnego biura. Mijają dni. Mieszkamy w Jacmel, 3h drogi od stolicy przez góry. Nie możemy w nieskończoność koczować u Ivona! Trzeba będzie wrócić do domu z niczym.

W końcu dowiadujemy się, że przesyłka nie może zostać nam wydana, a pośrednik nie może nawet zacząć procedur celnych, bo… paczka została zaadresowana na „Siostry Felicjanki”, a my nie nie jesteśmy „Siostry Felicjanki”, tylko „Eżbieta Maria Borko i Marilyn Minter” – w każdym razie takie mamy dokumenty! Trzeba poprosić nadawcę, by zmienił adresata! Po wielu telefonach do Stanów ludzie w Stanach zmieniają nam imię na przesyłce. Następne spotkanie z urzędnikiem. Tym razem orzeka, że… kolejność jest niewłaściwa!!! Na Haiti najpierw podaje się nazwisko. Nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Wiemy, o co chodzi. Chodzi o łapówkę. Ale my nie płacimy łapówek. Nie ma się do kogo zwrócić. Tutaj „reklamację” można składać u tego, kto cię obsługuje. Nie ma żadnych regulaminów, cenników, procedur. Nieuprzejmość wobec urzędnika może się skończyć tym, że przesyłka zostanie zarekwirowana, a zbytnia dociekliwość, na co idą pieniądze – spotkaniem za kilka dni albo tygodni uzbrojonych, zamaskowanych zbirów…

Wysyłamy kolejną prośbę do Stanów o zmianę w sposobie adresowania przesyłki i wracamy do Jacmel z niczym. Myślimy, że przed nami jakiś tydzień czekania – trzeba zaplanować następną podróż do stolicy, załatwić samochód, kierowcę, odwołać nasze zajęcia tutaj. Tymczasem… to był prawdziwy adwent… Czekanie, czekanie, czekanie. Mijają kolejne dni, a tu żadnych wieści. Co dwa dni pisałyśmy, aby sie przypomnieć, dzwoniłyśmy. Zawsze słyszałyśmy, że to już następnego dnia, za dwa dni, w poniedziałek… Oczywiście martwiłyśmy się tym, ile za ten przestój będzie trzeba zapłacić, czy czasem opłaty nie przekroczą wartości przesyłki. Był moment, że chciałyśmy zrezygnować z odbioru – wtedy przesyłka zostaje zarekwirowana, a jej zawartość? W Polsce pewnie zostałaby zniszczona albo przekazana jakiejś organizacji charytatywnej. Na Haiti – zarobiliby na tym nieuczciwi urzędnicy. Z tego powodu postanawiamy wytrwać, cały czas wierząc, że to już jutro, pojutrze albo w poniedziałek…

W końcu pomyślałyśmy, że może Pan Bóg zaplanował zawartość przesyłki jako prezent bożonarodzeniowy dla naszych dzieciaków. Niestety: do Świąt sprawa nie posunęła się ani trochę. Kolejne biurokratyczne przeszkody.

W końcu 13 stycznia otrzymałyśmy wiadomość, że niedługo bedziemy mogły zapłacić kolejny „podatek” i odebrać przesyłkę. Stres: ile trzeba będzie zapłacić? Może po tych wszystkich perypetiach i tak nie będziemy w stanie odebrać naszej własności? Co, jeśli kwota będzie zaporowa? Kolejne telefony i smsy do naszego „pośrednika”. Proponuje, żebyśmy przelały pieniądze na JEGO konto, a on dokona za nas koniecznych opłat! Po naszemu znaczy to pewnie, że nigdy nie dowiemy się, ile z przelanych pieniędzy zostało w jego kieszeni, a ile rzeczywiście gdzieś przelał i gdzie (pewnie w takich urzędach jest wielu do podziału). Ponieważ byłyśmy stanowcze, w końcu „pośrednik” podaje kwotę i numer konta urzędu. Nie wierzymy własnym oczom! TRZYNAŚCIE DOLARÓW!!! Myślałyśmy, ze źle odczytujemy zapis, że może brakuje tu kilku zer! Trzynaście dolarów amerykańskich! Równowartość czterdziestu polskich złotych! Tygodnie stresu, stosy dokumentów, dziesiątki telefonów między Jacmel i stolicą, między Haiti a Stanami! Dla trzynastu dolarów???!!!

Na Haiti przepływ pieniędzy odbywa się ciągle przy pomocy czeków. Dzwonimy więc po naszego Fritza i posyłamy go w trzygodzinną podróż przez góry, by zawiózł czek. Fritz wraca wieczorem, przywozi kopię czeku, który zostawił naszemu „pośrednikowi”. Cieszymy się, że to już koniec. Planujemy odbiór przesyłki, ustalamy harmonogram. Wieczorem przychodzi sms od naszego „pośrednika”, że… „czek nie dotarł i on nie może dokonać koniecznych opłat”!!!

Sytuacja jest tak absurdalna, że aż dech zapiera… Czytamy smsa wiele razy. Co robić??? Co to znaczy??? W końcu postanawiamy na niego nie odpowiadać. Zignorować. Zachować się po haitańsku. Następnego dnia, jakby nigdy nic, dostajemy wiadomość, że możemy przyjechać po przesyłkę!

W środę 15 stycznia odebrałyśmy pudełka w Port-au-Prince już bez kłopotów. Chłopcy pomogli nam rozładować samochód, a my od następnego dnia zajęłyśmy się rozpakowywaniem paczek i przydzielaniem ich zawartości dla najbiedniejszych znanych nam szkół i sierocińców w okolicach Jacmel.

Serdecznie dziekujemy parafii Matki Bożej Królowej Pokoju i jej proboszczowi za hojne dary. Dziękujemy także słynnej drużynie baseballowej z Nowego Jorku, Yankees, za plecaki. Wszystkie rzeczy są nowe i piękne! Dzieciaki będą miały mnóstwo radości! Mesi anpil! Bondye beni ou!

20140117-212140.jpg

20140117-212355.jpg

20140117-212542.jpg

20140117-212634.jpg

20140117-212707.jpg

20140117-212804.jpg

20140117-212839.jpg

20140117-212946.jpg

20140117-213018.jpg

20140117-213048.jpg

20140117-213156.jpg

20140117-213243.jpg

20140117-213325.jpg

20140117-213405.jpg

20140117-213643.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17/01/2014 w Uncategorized

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: