RSS

Archiwa miesięczne: Styczeń 2014

Na lotnisku…

Za każdym razem zauważamy nowe, pozytywne zmiany na lotnisku… Lecimy na dwa-trzy tygodnie do Stanów na spotkania z ludźmi, którzy chcą pomagać misji felicjanek na Haiti, do naszych lekarzy i pozałatwiać inne sprawy. Tym razem okazało się, że na lotnisku w Port-au-Prince można wypić pyszną kawę. W dodatku jest to kawa haitańska.

Gdy w oczekiwaniu na odprawę zabrałyśmy się za uzupełnianie bloga, podszedł do nas jakiś mężczyzna. Nazywa się Charlie Priestly. Chciał porozmawiać. Pracuje na lotnisku, jest prezydentem firmy, która zajmuje się serwisowaniem samolotów. To była bardzo ciekawa rozmowa. Dowiedziałyśmy się wiele na temat lotniska i innych spraw dotyczacych Haiti. Zaprosiłyśmy go do Jacmel. Cieszę się, że są jeszcze ludzie, u których habity i krzyż budzą pozytywne skojarzenia, którzy na widok siostry zakonnej po prostu chcą porozmawiać…

20140119-121354.jpg

20140119-121416.jpg

20140119-121438.jpg

20140119-121457.jpg

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19/01/2014 w Uncategorized

 

Jedziemy do Port-au-Prince

Haitańczycy podróżują z fantazją. My bardziej tradycyjnie – nie jesteśmy tak odważne, jak oni…

20140119-120131.jpg

20140119-120150.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19/01/2014 w Uncategorized

 

Własny pokój – część 2

Melinda i Jean-Philip już na dobre mieszkają w swoim nowym pokoju. Odwiedziłyśmy ich przed naszym wylotem do Stanów. Są szczęśliwi i zadowoleni z tego, co mają. Przywiozłyśmy im dwie poduszki – okazało się, że mają poduszki po raz pierwszy w życiu!

20140119-115815.jpg

20140119-115834.jpg

20140119-115902.jpg

20140119-115919.jpg

20140119-115935.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19/01/2014 w Uncategorized

 

Pierwszoklasistka: „Otrzymuję dobro i przekazuję dalej”

Riley Fuchs, siedmioletnia dziewczynka ze Stanów, tak bardzo była poruszona losem dzieci na Haiti, że postanowiła im pomóc w sposób bardzo konkretny i leżący w zasięgu jej możliwości. Poprosiła, by goście na jej siódme urodziny kupili coś nie dla niej, ale dla dzieci haitańskich, które wszystkiego potrzebują bardziej.

Na zdjęciu Riley cieszy się ze wszystkich tak zebranych upominków. „Jestem szczęśliwa, że mogę podarować te zabawki i buty moim rówieśnikom z Haiti!” – powiedziała siostrze Esther, o której już było na naszym blogu, a która w parafii św. Gabriela w New Jersey organizuje wsparcie dla siostrzanej parafii z Jacmel.

Dziękujemy Ci, Riley, za ten piękny przykład miłości!

20140118-205009.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 18/01/2014 w Uncategorized

 

Nawet Mrożkowi by się nie śniło…

Parafia Królowej Pokoju w Maywood w Stanach w październiku 2013 zorganizowała zbiórkę przyborów szkolnych dla dzieci na Haiti. W akcję włączyło się mnóstwo ludzi. Na początku grudnia otrzymałyśmy informację, że paczka dotarła do Port-au-Prince. Następnego dnia pojechałyśmy do urzędu celnego w porcie, by ją odebrać. Nie miałyśmy pojęcia, że to będzie początek długiego i trudnego procesu, a właściwie scenariusza do komediodramatu, którego nie wymyśliłby nawet Sławomir Mrożek.

Pierwszy urzędnik powiedział nam, że najpierw musimy pojechać do innego miejsca, na drugim końcu PaP. Bardzo dziękowałyśmy Bogu za Fritza, naszego kierowcę – zna stolicę, tamtejsze korki i skróty i sprawnie jeździ po tym mieście o ciasnych, zatłoczonych uliczkach, mieście chyba bez przepisów o ruchu drogowym. Na wskazanym miejscu otrzymałyśmy dokumentację i polecenie dokonania opłaty za nie. Droga do banku, korki, kolejka, opłaty.

Wracałyśmy z przekonaniem, że teraz dostaniemy naszą przesyłkę. Zaskoczenie: urzędnik mówi nam, że „same tego nie załatwimy”, że „potrzebujemy wyspecjalizowanego pośrednika”. Tutaj wszystko opiera się na piętrzeniu przeszkód tak długo, aż zrozpaczony klient wynajmie pośrednika i da zarobić licznej rzeszy potrzebnych i niepotrzebnych urzędników. Mijają kolejne dni. W końcu się poddajemy. Za każdy dzień przechowywania przesyłki w porcie trzeba będzie zapłacić. I choć postój nie z naszej winy – haitańskie pomysły na wyciągnięcie z obcokrajowca pieniędzy bywają nieprzewidywalne. Wynajmujemy „pośrednika” – urzędnika, który zajmuje się naszą sprawą. On kieruje nas do kolejnego biura. Mijają dni. Mieszkamy w Jacmel, 3h drogi od stolicy przez góry. Nie możemy w nieskończoność koczować u Ivona! Trzeba będzie wrócić do domu z niczym.

W końcu dowiadujemy się, że przesyłka nie może zostać nam wydana, a pośrednik nie może nawet zacząć procedur celnych, bo… paczka została zaadresowana na „Siostry Felicjanki”, a my nie nie jesteśmy „Siostry Felicjanki”, tylko „Eżbieta Maria Borko i Marilyn Minter” – w każdym razie takie mamy dokumenty! Trzeba poprosić nadawcę, by zmienił adresata! Po wielu telefonach do Stanów ludzie w Stanach zmieniają nam imię na przesyłce. Następne spotkanie z urzędnikiem. Tym razem orzeka, że… kolejność jest niewłaściwa!!! Na Haiti najpierw podaje się nazwisko. Nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Wiemy, o co chodzi. Chodzi o łapówkę. Ale my nie płacimy łapówek. Nie ma się do kogo zwrócić. Tutaj „reklamację” można składać u tego, kto cię obsługuje. Nie ma żadnych regulaminów, cenników, procedur. Nieuprzejmość wobec urzędnika może się skończyć tym, że przesyłka zostanie zarekwirowana, a zbytnia dociekliwość, na co idą pieniądze – spotkaniem za kilka dni albo tygodni uzbrojonych, zamaskowanych zbirów…

Wysyłamy kolejną prośbę do Stanów o zmianę w sposobie adresowania przesyłki i wracamy do Jacmel z niczym. Myślimy, że przed nami jakiś tydzień czekania – trzeba zaplanować następną podróż do stolicy, załatwić samochód, kierowcę, odwołać nasze zajęcia tutaj. Tymczasem… to był prawdziwy adwent… Czekanie, czekanie, czekanie. Mijają kolejne dni, a tu żadnych wieści. Co dwa dni pisałyśmy, aby sie przypomnieć, dzwoniłyśmy. Zawsze słyszałyśmy, że to już następnego dnia, za dwa dni, w poniedziałek… Oczywiście martwiłyśmy się tym, ile za ten przestój będzie trzeba zapłacić, czy czasem opłaty nie przekroczą wartości przesyłki. Był moment, że chciałyśmy zrezygnować z odbioru – wtedy przesyłka zostaje zarekwirowana, a jej zawartość? W Polsce pewnie zostałaby zniszczona albo przekazana jakiejś organizacji charytatywnej. Na Haiti – zarobiliby na tym nieuczciwi urzędnicy. Z tego powodu postanawiamy wytrwać, cały czas wierząc, że to już jutro, pojutrze albo w poniedziałek…

W końcu pomyślałyśmy, że może Pan Bóg zaplanował zawartość przesyłki jako prezent bożonarodzeniowy dla naszych dzieciaków. Niestety: do Świąt sprawa nie posunęła się ani trochę. Kolejne biurokratyczne przeszkody.

W końcu 13 stycznia otrzymałyśmy wiadomość, że niedługo bedziemy mogły zapłacić kolejny „podatek” i odebrać przesyłkę. Stres: ile trzeba będzie zapłacić? Może po tych wszystkich perypetiach i tak nie będziemy w stanie odebrać naszej własności? Co, jeśli kwota będzie zaporowa? Kolejne telefony i smsy do naszego „pośrednika”. Proponuje, żebyśmy przelały pieniądze na JEGO konto, a on dokona za nas koniecznych opłat! Po naszemu znaczy to pewnie, że nigdy nie dowiemy się, ile z przelanych pieniędzy zostało w jego kieszeni, a ile rzeczywiście gdzieś przelał i gdzie (pewnie w takich urzędach jest wielu do podziału). Ponieważ byłyśmy stanowcze, w końcu „pośrednik” podaje kwotę i numer konta urzędu. Nie wierzymy własnym oczom! TRZYNAŚCIE DOLARÓW!!! Myślałyśmy, ze źle odczytujemy zapis, że może brakuje tu kilku zer! Trzynaście dolarów amerykańskich! Równowartość czterdziestu polskich złotych! Tygodnie stresu, stosy dokumentów, dziesiątki telefonów między Jacmel i stolicą, między Haiti a Stanami! Dla trzynastu dolarów???!!!

Na Haiti przepływ pieniędzy odbywa się ciągle przy pomocy czeków. Dzwonimy więc po naszego Fritza i posyłamy go w trzygodzinną podróż przez góry, by zawiózł czek. Fritz wraca wieczorem, przywozi kopię czeku, który zostawił naszemu „pośrednikowi”. Cieszymy się, że to już koniec. Planujemy odbiór przesyłki, ustalamy harmonogram. Wieczorem przychodzi sms od naszego „pośrednika”, że… „czek nie dotarł i on nie może dokonać koniecznych opłat”!!!

Sytuacja jest tak absurdalna, że aż dech zapiera… Czytamy smsa wiele razy. Co robić??? Co to znaczy??? W końcu postanawiamy na niego nie odpowiadać. Zignorować. Zachować się po haitańsku. Następnego dnia, jakby nigdy nic, dostajemy wiadomość, że możemy przyjechać po przesyłkę!

W środę 15 stycznia odebrałyśmy pudełka w Port-au-Prince już bez kłopotów. Chłopcy pomogli nam rozładować samochód, a my od następnego dnia zajęłyśmy się rozpakowywaniem paczek i przydzielaniem ich zawartości dla najbiedniejszych znanych nam szkół i sierocińców w okolicach Jacmel.

Serdecznie dziekujemy parafii Matki Bożej Królowej Pokoju i jej proboszczowi za hojne dary. Dziękujemy także słynnej drużynie baseballowej z Nowego Jorku, Yankees, za plecaki. Wszystkie rzeczy są nowe i piękne! Dzieciaki będą miały mnóstwo radości! Mesi anpil! Bondye beni ou!

20140117-212140.jpg

20140117-212355.jpg

20140117-212542.jpg

20140117-212634.jpg

20140117-212707.jpg

20140117-212804.jpg

20140117-212839.jpg

20140117-212946.jpg

20140117-213018.jpg

20140117-213048.jpg

20140117-213156.jpg

20140117-213243.jpg

20140117-213325.jpg

20140117-213405.jpg

20140117-213643.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17/01/2014 w Uncategorized

 

Pielgrzymi misyjni

Dwa dni temu spotkałyśmy księdza Jean-Pierre, który przyjechał z Bostonu (ze Stanów). Wczoraj przyszedł o 6.00 rano odprawić nam mszę św. Okazało się, że jest tu z grupą – jak ich nazwał – pielgrzymów misyjnych ze Stanów. Od razu postanowiłyśmy, że trzeba dać im poczuć prawdziwy zapał misyjny. Kiedy i oni przyjechali do nas na eucharystię, zaprosiłyśmy ich do pracy z naszymi dzieciakami. W ten sposób każdy nasz uczeń otrzymał na dwa dni osobistego nauczyciela i mógł mieć konwersacje z „native speakerem”.

20140116-210911.jpg

20140116-210951.jpg

20140116-211018.jpg

20140116-211048.jpg

20140116-211137.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 16/01/2014 w Uncategorized

 

W końcu, po czterech latach, mają własny pokój…

Dzisiaj upłynęły 4 lata od pamiętnego trzęsienia ziemi na Haiti, w którym zginęło mnóstwo ludzi i zniszczona została prawie cała infrastruktura. Wszyscy tutaj kogoś stracili, czasem ginęły całe rodziny, pozostało wiele osieroconych dzieci.

Melinda i Jean-Philip to rodzeństwo, które tamtego dnia straciło obydwoje rodziców. Kataklizm zburzył ich dom. Melinda ma teraz 22 lata, Jean-Philip – 12. Oboje są dopiero w 5. klasie. Do tej pory pomieszkiwali w różnych miejscach: przy dalekiej rodzinie lub u przyjaciół. Właściwie trudno to nazwać mieszkaniem: dostawali trochę miejsca na podłodze na nocleg. Sypiali czasem na siedząco, bo nikt nie mógł dać im lepszego schronienia. Wiele razy głodowali.

Znamy ich już od roku: przychodzą do nas na lekcje angielskiego i na obiady. Szybko Melinda przyłączyła się do pań, które przygotowują posiłki dla naszych dzieciaków. To bardzo pracowita i odpowiedzialna dziewczyna. Serce nam pękało na myśl, że z bratem żyje w takich warunkach.

Wczoraj wreszcie udało się wynajać dla nich pokój. Podzieliłyśmy się z nimi kilkoma meblami, ręcznikami i naczyniami, bo poza ubraniami nie mieli niczego. Bóg nam błogosławił: udało się pożyczyć samochód od biskupa, by to wszystko przewieźć. Dobrzy ludzie pomogli ponosić. Jesteśmy wdzięczne Bogu i ludziom, dzieki którym mogłyśmy pomóc Melindzie i Jeanowi-Philipowi. Bóg się troszczy o swoje dzieci.

20140112-214938.jpg

20140112-215010.jpg

20140112-215044.jpg

20140112-215103.jpg

20140112-215138.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 12/01/2014 w Uncategorized