Wróciłyśmy z Port-au-Prince. Przywiozłyśmy elektryka z firmy instalującej na Haiti alternatywne źródła zasilania, by zmierzył nasze zapotrzebowanie na elektryczność i możliwości oraz by zrobił wycenę. Od samego początku widzimy, że dostęp do prądu jest tu największym problemem. Teraz, ze względu na potrzeby naszej mobilnej przychodni (lodówka z lekami, sterylizacja narzędzi itp.), bez elektryczności całe przedsięwzięcie stoi pod znakiem zapytania (a przez ostatnie miesiące prądu nie ma prawie w ogóle). Postanowilyśmy więc rozejrzeć się w możliwościach. Nie mamy na to jeszcze pieniędzy, ale ufamy: już wiele razy miałyśmy dowody, że jeśli Bóg czegoś chce, znajdzie na to środki.
Przywiozłyśmy więc elektryka ze stolicy, który od samego początku mówił, że w naszej sytuacji najlepsze będą tzw. invertery z bateriami. To urządzenia, które gromadzą prąd, kiedy jest to możliwe, a potem oddają, kiedy następują przerwy w dostawie. Niestety: dziś elektryk nie mógł dokonać pomiarów, bo… nie było prądu! Sprawdził tylko teortycznie, jakie urządzenia podłączamy, ile mamy pomieszczeń, jaką instalację. Niektórzy mogą myśleć, że w takim słońcu, jakie mamy tu na Haiti, powinnyśmy kupić baterie słoneczne. Jednak mimo nieznośnego słońca ogniwa słoneczne nie byłyby w stanie utrzymać koniecznego zasilania, poza tym (przede wszystkim!) trudno je zainstalować na tyle dyskretnie, by były niewidoczne, a musimy się tu liczyć z kradzieżą. Jak wiecie, mamy tu do dyspozycji tylko nasze mieszkanie: dach jest używany przez wiele osób i właściwie jest do niego publiczny dostęp – na dobrą sprawę nie ma gdzie instalować baterii słonecznych. Stąd zgodziłyśmy się z fachowcem, ze najlepsze będą invertery z bateriami.
Późniejszym wieczorem, dalej w całkowitej ciemności, rozpoczęłyśmy świętowanie wspomnienia Błogosławionej Matki Angeli. Podobnie jak ze św. Franciszkiem, w wigilię jej dnia, świętujemy przejście Matki do domu Pana. Ponieważ Matkę Angelę symbolizuje w tej uroczystości płonąca świeca, ciemność tym razem uznałyśmy za dobrodziejstwo. Dużą świecę otoczyłyśmy małymi, które wyrażały nas, felicjanki w różnych częściach świata. Jedna oczywiście reprezentowała nas, tutaj na Haiti… (jako pierwsze: zdjęcie z celi Matki Angeli, które zrobiłam miesiąc temu. Tak, tak: trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze miesiąc temu byłam w Polsce!).
„Kochajcie bardzo swoje Zgromadzenie!”…