RSS

Archiwa miesięczne: Listopad 2012

Lekcje kreolskiego…

Od poniedziałku do piątku mamy lekcje kreolskiego z naszym nauczycielem, Sebastianem, który przychodzi na zajęcia do naszego domu. Po lekcjach jeszcze zadania domowe – przynajmniej 2 godziny dziennie! Rozumiemy teraz wszystkich uczących się i razem z nimi nie możemy się doczekać weekendu! 🙂

;

;

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 15/11/2012 w Uncategorized

 

Zapraszamy do udziału w naszym adwentowym projekcie!

Naszych czytelników ze Stanów zaprosiłyśmy do udziału w naszym adwentowym projekcie pomocy ludziom z miasteczka namiotów, o którym pisałyśmy wcześniej. Prosiłyśmy o rzeczy najbardziej potrzebne dla nich: przybory higieniczne, witaminy dla dzieci, buty i ofiaty pieniężne na zakup czystej wody. Naszych czytelników z Polski i innych krajów położonych daleko, prosimy o modlitwę i duchowe ofiary w intencji tych ludzi.

Podczas odwiedzin w miasteczku namiotów zrobiłyśmy zdjęcie dziecku urodzonemu w namiocie i z tego zdjęcia powstała kartka na Boże Narodzenie. Kartki te mamy również w j. polskim. Osobom zainteresowanym nabyciem ich podajemy informacje poniżej:

Komplet 10 kartek kosztuje $20. Rozprowadzeniem ich zajmuje się S.M. Francis Lewandowski. Jej e-mail: smfrancis@feliciansisters.org

20121113-194612.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13/11/2012 w Uncategorized

 

„Gdy będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze, które zawarłem między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi”. Księga Rodzaju 9,17

W poniedziałek ponad naszym domem pojawiła się piękna, podwójna tęcza – znak Bożego przymierza. W ostatnich dniach widzimy tęczę bardzo często! Panie, dzięki Ci za Twoją obecność w naszym życiu!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13/11/2012 w Uncategorized

 

Część 3: „Nie lękaj się…” 1 Ks.Król. 17,13

Na piątek 9 listopada zaplanowaliśmy powrót z Jérémie do Port-au-Prince. Don i Dan mieli bilet na samolot do Stanów na sobotę. Wyruszyliśmy o 6.45, po mszy św. i śniadaniu. W nocy wiał bardzo silny wiatr, ale z braku doświadczenia ani ja, ani s. Marylin nie myślałyśmy, że to może mieć związek z naszą podróżą. Zaczęło padać, jak tylko wyjechaliśmy z Jérémie. Próbowaliśmy po drodze kupić chleb na podróż, ale się nie udało. Jechaliśmy więc bez żadnego prowiantu. Gdy wjechaliśmy w góry, deszcz się nasilił. To już była prawdziwa ulewa. Musieliśmy jechać wolno po śliskiej, górskiej drodze, która stała się teraz rynną wypełnioną wodą, kamieniami i błotem. Naprawdę czułam, że trzeba bardzo się modlić. Więc modliłam się z lękiem w sercu, by Pan posłał nam aniołów na ratunek. Kiedy po trzech godzinach jazdy dotarliśmy do wioski Duchity, zatrzymał nas jakiś mężczyzna i powiedział, że dalej nie ma sensu jechać: rzeka, która tam przecinała drogę, zamieniła się w rwący żywioł, wylała poszerzając swoje koryto i nie można jej przekroczyć. Staliśmy więc tam i czekaliśmy w samochodzie. Osiem godzin wyczekiwania z nadzieją, że deszcz ustanie i woda w rzece opadnie. Byliśmy za daleko, by wracać do Jérémie, poza tym Don i Dan mieli nazajutrz samolot powrotny do domu. Modliliśmy się, jak za czasów Noego, by Pan zatrzymał ulewę…

W końcu byliśmy już zdesperowani i głodni. Zdecydowałyśmy się na obiad w przydrożnej haitańskiej „restauracji”, którą tamtejsi ludzi nazwali dość niepokojąco: „Pod Psem”. Nie pytajcie mnie, co to znaczy… Byliśmy wszyscy głodni i trochę wystraszeni. Danie, które kupiliśmy, okazało się nawet smaczne, może zresztą po wielu godzinach stresu i głodówki każde jedzenie poprawiłoby nam nastrój.To, że teraz piszę te słowa oznacza, że danie było rownież bezpieczne dla zdrowia (w każdym razie na krótki dystans). Jedliśmy więc „Pod Psem” tradycyjne haitańskie danie: ryż z fasolą, z bakłażanem i kawałkami słoniny. Słoninę – jako najbardziej podejrzany składnik dania, oddałyśmy głodnym i wychudzonym psom, biegającym wokoło z nadzieją w oczach. To, że były wychudzone, trochę nas uspokoiło, że „pies” w nazwie tego miejsca nie może być związany z zawartością naszych talerzy 😉

W końcu obok naszego samochodu pojawił się młody człowiek, wolontariusz – wyobraźcie sobie – z Nowego Jorku! W środku haitańskij dżungli, w miejscu naszego uwięzienia, odnajduje nas Martin, który w Stanach jest niemal naszym sąsiadem, i mówi, że niedaleko stąd znajduje się katolicka parafia św. Michała. Archanioła Michała. ARCHANIOŁA. Martin mieszkał tam z innymi wolontariuszami. Zaprosił nas do siebie, jednak my postanowiliśmy jeszcze (goście ze Stanów za kilkanaście godzin mieli samolot!) podjechać bliżej rzeki i tam na własne oczy przekonać się o sytuacji. Nad rzeką stała już kolejka innych samochodów osobowych i ciężarówek. Kiedy jednak zobaczyliśmy zatopionego w nurcie czerwonego pick-upa, który minał nas kilka minut wcześniej, pomyśleliśmy, że marne nasze szanse na przeprawę. Czerwony pick-up próbował desperacko przekroczyć rzekę, niestety: nie udało mu się. Bogu dzięki, ludzie z tego samochodu wydostali się na brzeg. Samochody ciężarowe, licząc na swoją masę, która mogła skuteczniej stawić czoła nurtowi, raz po raz próbowały pokonać wodę. Kilku bardziej obciążonym i z wysokim zawieszeniem to się nawet udało. Ale w końcu jedna z ciężarówek została zepchnięta przez rwącą wodę i zagrodziła najpłytsze miejsce, co jeszcze bardziej nierealnym uczyniło nasze marzenie o przekroczeniu rzeki. Kiedy na własne oczy zobaczyliśmy ludzi uwięzionych w samochodzie na środku rwącego nurtu, ludzi, którzy musieli tam pozostać przez wiele godzin, jeszcze raz uświadomiłam sobie, jak straszne bywa tu życie Haitańczyków. Zrozumieliśmy też wszyscy, jak nie do pozazdroszczenia jest nasze własne położenie w tej sytuacji. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w maju ubiegłego roku, gdy ta sama rzeka wylała, cały autobus ludzi zatonął dokładnie w tym miejscu. Nie uratował się nikt z trzydziestu pasażerów. Prąd wezbranej górskiej rzeki zabija na Haiti tak, jak trzęsienia ziemi, huragany i ubóstwo.

Tymczasem zaczęło się ściemniać i deszcz nie ustawał. Wiedzieliśmy, że przez dłuższy jeszcze czas nie będzie możliwości przejazdu. Zdecydowaliśmy się schronić pod skrzydła Archanioła Michała. Yvon jest wspaniałym kierowcą, nawet w ciemności, w górach i mgle czułyśmy się z nim bezpiecznie.

Kiedy dotarliśmy do parafii, spotkaliśmy wolontariuszy, którzy nas powitali i serdecznie przyjęli. Otrzymaliśmy gorący posiłek i łożka do przenocowania. Martin, którego spotkaliśmy wcześniej, okazał się prawdziwym aniołem-posłańcem (na zdjęciach w żółtej koszulce). Gdybyśmy nie wiedzieli o tym miejscu, musielibyśmy spędzić noc nad rzeką w samochodzie. Boża opatrzność czuwała nad nami jeszcze raz…

Następnego dnia wcześnie rano wyruszyliśmy ponownie nad rzekę z nową nadzieją. Cięźarówka wciaż tkwiła w wodzie w tym samym miejscu, ale już można było obok niej przejechać. Miejscowi ludzie zawiesili się na naszym samochodzie, gdzie tylko się dało, aby zwiększyć jego masę, i przeprowadzili nas bezpiecznie na drugą stronę. Dalsza droga do Port-au-Prince minęła już bez przygód. Kiedy słońce zaczeło się przedostawać przez chmury, zobaczyliśmy trzy przepiękne tęcze – znak pełnego miłości przymierza Boga z człowiekiem. Don i Dan zdażyli na swój samolot!

20121111-222810.jpg

20121111-222834.jpg

20121111-222856.jpg

20121111-223056.jpg

20121111-223110.jpg

20121111-223410.jpg

20121111-223435.jpg

20121111-223455.jpg

20121111-223516.jpg

20121111-223533.jpg

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 11/11/2012 w Uncategorized

 

Część 2: „Dzban mąki nie wyczerpał się i baryłka oliwy nie opróżniła się…” 1 Ks.Król. 16,17

Kiedy po chyba ośmiu godzinach trzęsienia się w samochodzie dotarliśmy do Jérémie, Don udał się na spotkanie z kolegą z Uniwersytetu, pracującym na misji metodystów, a Yvon zawiózł nas do Sióstr Rodziny Myriam Bethlehem, wspólnoty zakonnej, która poznałyśmy w ubiegłym miesiacu, kiedy to byłyśmy w Jérémie pierwszy raz. Próbowałyśmy się skontaktować z siostrami wcześniej telefonicznie, ale bez skutku. Później się dowiedziałyśmy, że ukradziono im telefon. Kiedy więc bez zapowiedzi pojawiłyśmy się pod ich drzwiami, spodziewałyśmy się wszystkiego. Siostry jednak okazały radość na nasz widok i chętnie przyjęły na dwie noce. Znowu doświadczyłyśmy troskliwej Bożej miłości, która czuwa nad nami nieustannie.

Siostry są znane tutaj z gościnności i my poświadczamy, że to prawda! Przyjęły nas, choć ich dom był wypełniony. Właśnie odbywały się tam tygodniowe rekolekcje dla młodzieży. Ich misją jest otwarcie się na wszystkich, którzy szukają odnowy duchowej, katechezy, modlitwy i wspólnoty. W tym tygodniu w ich niewielkim domu przebywało siedmioro młodych ludzi.

Zapytałyśmy Siostry, czy następnego dnia możemy przeżyć u nich dzień skupienia. Uczestniczyłyśmy z nimi w Eucharystii, umożliwiły nam sakrament pojednania, adorację i dzielenie się Słowem. Wieczorem wzięłyśmy udział w rekreacji wraz z całą ich grupą. To było bardzo ubogacające spotkanie ludzi z Haiti, Francji, Kanady, Polski i Stanów.

Coraz wyraźniej widzimy, jak Bóg nas prowadzi, troszczy się o nasze dusze i uczy nas, jak powinna wygladać nasza własna felicjańska misja na Haiti.

20121111-205520.jpg

20121111-205549.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11/11/2012 w Uncategorized

 

Wyprawa do Jérémie, część 1: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie.” Mt 14, 28

W środę 7 listopada wczesnym rankiem rozpoczęłyśmy wyprawę do Jérémie. Jak się potem okazało, była to (z pewnością w moim życiu) jedna z tych wypraw, która bardziej niż w przestrzeni, są podróżą po własnym sercu i próbą wiary. Tym razem, z Yvonem, Donem i jego bratem Danem, wyjechaliśmy do Jérémie samochodem. Może pamiętacie, że miesiąc temu byłyśmy tam z s. Marilyn samolotem. Tym razem Don wypożyczył terenowy samochód. Na Haiti jest tylko jedna droga, która prowadzi do Jérémie. Bardzo często jednak to miasto jest odciete od świata i niedostępne od strony lądu. Droga jest tylko w połowie asfaltowa, jej duża część to tylko kamienista ścieżka przez góry. Dodatkowo często przecinają drogę górskie strumienie i rzeki i czynią ją jeszcze bardziej nieprzejezdną. To wszystko trochę przeraża, ale i czyni tę trasę jedną z najpiękniejszych, które widziałam w życiu. Jechaliśmy wzdłuż Morza Karaibskiego. Raz byliśmy po jednej stronie półwyspu, raz po drugiej. Haitańczycy wzdłuż naszej trasy zawsze byli gotowi pomóc przedostać się przez wodę albo służyć w charakterze przewodnika. Gdy zgłodnieliśmy, zawsze można było przystanąć i kupić przy drodze trzcinę cukrową, banany lub inne owoce. Mniej więcej w połowie drogi napotkaliśmy haitański „autobus”, który się zepsuł. Tutaj nie ma prawdziwych autobusów. Na samochodzie ciężarowym ustawia się coś do siedzenia, wsiada tylu ludzi, ile się da (a czasem więcej) i tak podróżują. W tym wypadku pasażerowie już trzeci dzień oczekiwali na część potrzebną do naprawy ciężarówki. Byli bardzo głodni. Oddaliśmy im więc zakupione wcześniej banany, zabrane z domu kanapki i wodę. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że wkrótce podzielimy ich los…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11/11/2012 w Uncategorized

 

Madonna University i Haiti Tech

We wtorek 6 listopada towarzyszyłyśmy Donaldowi Conradowi, profesorowi Wydziału Biznesu na felicjańskim Madonna University. Don przylecial spotkać się na Haiti ze studentami zapisanymi na kurs online organizowany przez Madonna University. Spotkanie miało miejsce w Haiti Tech – wyższej szkole o profilu podobnym do naszych politechnik, w Port-au-Prince. Z tej okazji my też spotkałyśmy się ze studentami i miałyśmy możliwość usłyszeć, jak cenią sobie możliwość studiowania w amerykańskiej katolickiej uczelni. Wydaje mi się, że to, czego ludziom najbardziej brakuje na Haiti, to wbrew pozorom nie jest jedzenie. Bez jedzenia nie można żyć – to prawda, ale bez wiedzy nie można zarabiać na jedzenie. Haitańczykom brakuje pewności siebie i wiedzy, jak radzić sobie w życiu, jak zarabiać pieniądze na życie, jak wykorzystać potencjał, który w tych ludziach jest. Więc szczególnie cenne są tu wszelkie inicjatywy edukacyjne – to pozwala Haitańczykom myśleć o stanięciu na własnych nogach, a w przyszłości również wziąć pełną odpowiedzialność za własny kraj i pomagać innym. Zamiast dawać tym ludziom rybę – lepiej dla nich dać im wędkę. Dziękujemy Uniwersytetowi Madonna za pomysł prowadzenia tutaj kursów przez Internet!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11/11/2012 w Uncategorized

 

Odwiedziny w obozie dla głuchoniemych

W poniedziałek 5 listopada odwiedziłyśmy obóz dla ludzi głuchoniemych w Cabaret. Nasze Siostry (felicjanki) posługiwały tym ludziom w lipcu 2010 roku. Teraz obóz został przeniesiony w inne miejsce, gdzie wspólnota międzynarodowa zapewniła tym ludziom lepsze warunki. Cieszyłyśmy się widzac, że nie mieszkają już w namiotach, ale mają własne malutkie domki z trzema pomieszczeniami, a dookoła domków – maleńkie ogródki. Największą trudnością na ten czas jest brak bieżacej wody. Ludzie musza nosić wodę ze strumienia opodal obozu. Wielką radością dla nas był fakt, że dzieci pamiętały Siostry z 2010 roku i zaśpiewały nam piosenki, których ich felicjanki wtedy uczyły.

Dan Conrad, pracownik Uniwersytetu Madonna prowadzonego w Stanach przez felicjanki, przywiózł sukienki dla małych dziewcznek, a my rozdawałyśmy cukierki. Każdy, nawet najmniejszy dar, dawał tym ludziom wiele radości i był doceniony.

Mamy nadzieję, że bedziemy mogły odwiedzać to miejsce przynajmniej raz w miesiącu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10/11/2012 w Uncategorized

 

Nasz kościół parafialny w Port-au-Prince

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Kościół Notre Dame to miejsce, gdzie modlimy się w czasie pobytu w Port-au-Prince.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 04/11/2012 w Uncategorized

 

Mache Salomon (Targ Salomona)

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

W piątek 2 listopada pojechałyśmy z naszymi gospodarzami na targ, aby kupić mięso, warzywa i chleb. Bardzo ciekawe doświadczenie, szczególnie gdy zobaczyłyśmy, jak się sprzedaje mięso. Żywe zwierzęta czekają na zabicie na miejscu – to sposób, by poradzić sobie z brakiem lodówek i haitańską spiekotą. I tak najwięcejj radości z tego targu mają miejscowe muchy… Nie mam słów, aby opisać zapach 😷 tego miejsca…

Ivon kupił kozie mięso, krowie języki i kury. Potem pojechaliśmy do piekarni po chleb. Ludzie kupują tam chleb i odsprzedają go na ulicach. Tutaj zapach był bardzo przyjemny – w każdym razie po doświadczeniu z rynku mięsnego wydawał nam się niebiańską perfumerią 😉

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 03/11/2012 w Uncategorized