RSS

Archiwa miesięczne: Listopad 2012

Gramy w tenisa?

Naprawdę myślicie, że tutaj na Haiti mamy czas (i ochotę w tym upale 😉 na grę w tenisa? Absolima pa! (Oczywiście, nie!) Na zdjęciu bardzo użyteczny sprzęt do pozbywania się komarów ze ścian, ubrań i innych powierzchni. Prawdziwy cud techniki! 🙂 Działa na baterie: po zbliżeniu rakietki do komara słyszy się trzask i malutki płomyczek pożera skrzydlatego krwiopijcę. Potrzeba matką wynalazku! Tu na serio trwa walka o byt: albo my, albo one! 😉

20121119-210115.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19/11/2012 w Uncategorized

 

Uczestniczymy w Eucharystii ze wspólnotą Drogi Neokatechumenalnej

W niedzielę 18 listopada zostałyśmy zaproszone przez naszego nowego znajomego, Cloberta, na Eucharystię we wspólnocie neokatechumenalnej. Było to bardzo radosne świętowanie! Wszyscy pięknie ubrani. Mimo niewyobrażalnego upału, ci ludzie zawsze, także na Eucharystię w parafii, wkładają najlepsze ubranie, jak na najważniejsze wydarzenie swojego życia. Szkoda, że gdzie indziej w świecie ten zwyczaj okazywania radości i czci Bogu zanika. Również oprawa muzyczna liturgii nam zaimponowała, co trochę widać na zdjęciach. Mamy nadzieję, że niedługo znowu będzie nam dane modlić się z nimi i dzielić zapał do nowej ewangelizacji!

20121119-203603.jpg

20121119-203535.jpg

20121119-203620.jpg

20121119-203930.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19/11/2012 w Uncategorized

 

Felicjanki już wkrótce w Jacmel

W piatek 16. listopada nasi przyjaciele zawieźli nas do Jackmel, gdzie – jak mówią wszystkie znaki na niebie i na ziemi – będziemy pracować. Jackmel leży na południe od Port-au-Prince i wiedzie tam całkiem niezła droga. Asfalt położyli wiele lat temu Francuzi. Niestety – jak to bywa na Haiti – dziś na tym asfalcie leżą kamienie, które osunęły się z gór, więc mimo wszystko podróż nie jest łatwa. Spotkałyśmy się tam z biskupem diecezji Jackmel – bp Launay Saturne (na zdjęciach w białej koszuli z długim rękawem), aby omówić sprawy zwiazane z naszym przyjazdem. Po spotkaniu Biskup pokazał nam różne miejsca, możliwości naszego przyszłego zamieszkania i apostolatu. Jednym z tych miejsc była najmłodsza, mająca tylko jeden rok, najuboższa parafia w diecezji. Parafia św. Yves nie ma kościoła ani żadnego innego budynku. Liturgia jest sprawowana w prowizorycznym namiocie z folii, a proboszcz mieszka w wypożyczonym malutkim domku. Oczami wyobraźni zobaczyłam tu wiele możliwości dla naszej posługi…

Biskup pokazał nam też grunt należący do diecezji, gdzie Fundacja Polska-Haiti wkrótce rozpocznie budowę szkoły. Wielką radość sprawiła mi wiadomość, że Polacy są tak hojni i pamiętają o ludziach w potrzebie, nawet tak bardzo od nich oddalonych.

W drodze powrotnej Yvon spotkał się z przyjacielem, który jest właścicielem plantacji papai. Pierwszy raz w życiu widziałam tak wielkie owoce papai! W dodatku rosną na drzewach, a nie w supermarkecie! 😉 Nie jemy tu za dużo owoców, a jeśli już – to dosyć monotonnie, więc papaja wydała mi się przepyszna!

W drodze powrotnej do Port-au-Prince spotkaliśmy młodzież, która wychodziła właśnie ze szkoły. Ich trasa do domu ma około 8 kilometrów, w dodatku pod górkę i w ciemności. Joseph, brat Ivona, który siedział za kierownicą, ma popularny tutaj zwyczaj podwożenia ludzi. Tak też zrobił i tym razem. Dziewiątka młodych ludzi wskoczyła na samochód (jechaliśmy pick-upem) i wyruszyliśmy. Po chwili lunęło jak z cebra. Wszystkie dzieciaki oczywiście były przemoczone do suchej nitki, ale i tak wdzięczne i zadowolone, bo w domu były nieporównanie szybciej niż normalnie.

20121117-211558.jpg

20121117-211626.jpg

20121117-211658.jpg

20121117-211818.jpg

20121117-211937.jpg

20121117-212049.jpg

20121117-212147.jpg

20121117-212224.jpg

20121117-212240.jpg

20121117-212309.jpg

20121117-212353.jpg

20121117-212420.jpg

20121117-212514.jpg

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 17/11/2012 w Uncategorized

 

Lekcje kreolskiego…

Od poniedziałku do piątku mamy lekcje kreolskiego z naszym nauczycielem, Sebastianem, który przychodzi na zajęcia do naszego domu. Po lekcjach jeszcze zadania domowe – przynajmniej 2 godziny dziennie! Rozumiemy teraz wszystkich uczących się i razem z nimi nie możemy się doczekać weekendu! 🙂

;

;

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 15/11/2012 w Uncategorized

 

Zapraszamy do udziału w naszym adwentowym projekcie!

Naszych czytelników ze Stanów zaprosiłyśmy do udziału w naszym adwentowym projekcie pomocy ludziom z miasteczka namiotów, o którym pisałyśmy wcześniej. Prosiłyśmy o rzeczy najbardziej potrzebne dla nich: przybory higieniczne, witaminy dla dzieci, buty i ofiaty pieniężne na zakup czystej wody. Naszych czytelników z Polski i innych krajów położonych daleko, prosimy o modlitwę i duchowe ofiary w intencji tych ludzi.

Podczas odwiedzin w miasteczku namiotów zrobiłyśmy zdjęcie dziecku urodzonemu w namiocie i z tego zdjęcia powstała kartka na Boże Narodzenie. Kartki te mamy również w j. polskim. Osobom zainteresowanym nabyciem ich podajemy informacje poniżej:

Komplet 10 kartek kosztuje $20. Rozprowadzeniem ich zajmuje się S.M. Francis Lewandowski. Jej e-mail: smfrancis@feliciansisters.org

20121113-194612.jpg

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13/11/2012 w Uncategorized

 

„Gdy będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze, które zawarłem między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi”. Księga Rodzaju 9,17

W poniedziałek ponad naszym domem pojawiła się piękna, podwójna tęcza – znak Bożego przymierza. W ostatnich dniach widzimy tęczę bardzo często! Panie, dzięki Ci za Twoją obecność w naszym życiu!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13/11/2012 w Uncategorized

 

Część 3: „Nie lękaj się…” 1 Ks.Król. 17,13

Na piątek 9 listopada zaplanowaliśmy powrót z Jérémie do Port-au-Prince. Don i Dan mieli bilet na samolot do Stanów na sobotę. Wyruszyliśmy o 6.45, po mszy św. i śniadaniu. W nocy wiał bardzo silny wiatr, ale z braku doświadczenia ani ja, ani s. Marylin nie myślałyśmy, że to może mieć związek z naszą podróżą. Zaczęło padać, jak tylko wyjechaliśmy z Jérémie. Próbowaliśmy po drodze kupić chleb na podróż, ale się nie udało. Jechaliśmy więc bez żadnego prowiantu. Gdy wjechaliśmy w góry, deszcz się nasilił. To już była prawdziwa ulewa. Musieliśmy jechać wolno po śliskiej, górskiej drodze, która stała się teraz rynną wypełnioną wodą, kamieniami i błotem. Naprawdę czułam, że trzeba bardzo się modlić. Więc modliłam się z lękiem w sercu, by Pan posłał nam aniołów na ratunek. Kiedy po trzech godzinach jazdy dotarliśmy do wioski Duchity, zatrzymał nas jakiś mężczyzna i powiedział, że dalej nie ma sensu jechać: rzeka, która tam przecinała drogę, zamieniła się w rwący żywioł, wylała poszerzając swoje koryto i nie można jej przekroczyć. Staliśmy więc tam i czekaliśmy w samochodzie. Osiem godzin wyczekiwania z nadzieją, że deszcz ustanie i woda w rzece opadnie. Byliśmy za daleko, by wracać do Jérémie, poza tym Don i Dan mieli nazajutrz samolot powrotny do domu. Modliliśmy się, jak za czasów Noego, by Pan zatrzymał ulewę…

W końcu byliśmy już zdesperowani i głodni. Zdecydowałyśmy się na obiad w przydrożnej haitańskiej „restauracji”, którą tamtejsi ludzi nazwali dość niepokojąco: „Pod Psem”. Nie pytajcie mnie, co to znaczy… Byliśmy wszyscy głodni i trochę wystraszeni. Danie, które kupiliśmy, okazało się nawet smaczne, może zresztą po wielu godzinach stresu i głodówki każde jedzenie poprawiłoby nam nastrój.To, że teraz piszę te słowa oznacza, że danie było rownież bezpieczne dla zdrowia (w każdym razie na krótki dystans). Jedliśmy więc „Pod Psem” tradycyjne haitańskie danie: ryż z fasolą, z bakłażanem i kawałkami słoniny. Słoninę – jako najbardziej podejrzany składnik dania, oddałyśmy głodnym i wychudzonym psom, biegającym wokoło z nadzieją w oczach. To, że były wychudzone, trochę nas uspokoiło, że „pies” w nazwie tego miejsca nie może być związany z zawartością naszych talerzy 😉

W końcu obok naszego samochodu pojawił się młody człowiek, wolontariusz – wyobraźcie sobie – z Nowego Jorku! W środku haitańskij dżungli, w miejscu naszego uwięzienia, odnajduje nas Martin, który w Stanach jest niemal naszym sąsiadem, i mówi, że niedaleko stąd znajduje się katolicka parafia św. Michała. Archanioła Michała. ARCHANIOŁA. Martin mieszkał tam z innymi wolontariuszami. Zaprosił nas do siebie, jednak my postanowiliśmy jeszcze (goście ze Stanów za kilkanaście godzin mieli samolot!) podjechać bliżej rzeki i tam na własne oczy przekonać się o sytuacji. Nad rzeką stała już kolejka innych samochodów osobowych i ciężarówek. Kiedy jednak zobaczyliśmy zatopionego w nurcie czerwonego pick-upa, który minał nas kilka minut wcześniej, pomyśleliśmy, że marne nasze szanse na przeprawę. Czerwony pick-up próbował desperacko przekroczyć rzekę, niestety: nie udało mu się. Bogu dzięki, ludzie z tego samochodu wydostali się na brzeg. Samochody ciężarowe, licząc na swoją masę, która mogła skuteczniej stawić czoła nurtowi, raz po raz próbowały pokonać wodę. Kilku bardziej obciążonym i z wysokim zawieszeniem to się nawet udało. Ale w końcu jedna z ciężarówek została zepchnięta przez rwącą wodę i zagrodziła najpłytsze miejsce, co jeszcze bardziej nierealnym uczyniło nasze marzenie o przekroczeniu rzeki. Kiedy na własne oczy zobaczyliśmy ludzi uwięzionych w samochodzie na środku rwącego nurtu, ludzi, którzy musieli tam pozostać przez wiele godzin, jeszcze raz uświadomiłam sobie, jak straszne bywa tu życie Haitańczyków. Zrozumieliśmy też wszyscy, jak nie do pozazdroszczenia jest nasze własne położenie w tej sytuacji. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w maju ubiegłego roku, gdy ta sama rzeka wylała, cały autobus ludzi zatonął dokładnie w tym miejscu. Nie uratował się nikt z trzydziestu pasażerów. Prąd wezbranej górskiej rzeki zabija na Haiti tak, jak trzęsienia ziemi, huragany i ubóstwo.

Tymczasem zaczęło się ściemniać i deszcz nie ustawał. Wiedzieliśmy, że przez dłuższy jeszcze czas nie będzie możliwości przejazdu. Zdecydowaliśmy się schronić pod skrzydła Archanioła Michała. Yvon jest wspaniałym kierowcą, nawet w ciemności, w górach i mgle czułyśmy się z nim bezpiecznie.

Kiedy dotarliśmy do parafii, spotkaliśmy wolontariuszy, którzy nas powitali i serdecznie przyjęli. Otrzymaliśmy gorący posiłek i łożka do przenocowania. Martin, którego spotkaliśmy wcześniej, okazał się prawdziwym aniołem-posłańcem (na zdjęciach w żółtej koszulce). Gdybyśmy nie wiedzieli o tym miejscu, musielibyśmy spędzić noc nad rzeką w samochodzie. Boża opatrzność czuwała nad nami jeszcze raz…

Następnego dnia wcześnie rano wyruszyliśmy ponownie nad rzekę z nową nadzieją. Cięźarówka wciaż tkwiła w wodzie w tym samym miejscu, ale już można było obok niej przejechać. Miejscowi ludzie zawiesili się na naszym samochodzie, gdzie tylko się dało, aby zwiększyć jego masę, i przeprowadzili nas bezpiecznie na drugą stronę. Dalsza droga do Port-au-Prince minęła już bez przygód. Kiedy słońce zaczeło się przedostawać przez chmury, zobaczyliśmy trzy przepiękne tęcze – znak pełnego miłości przymierza Boga z człowiekiem. Don i Dan zdażyli na swój samolot!

20121111-222810.jpg

20121111-222834.jpg

20121111-222856.jpg

20121111-223056.jpg

20121111-223110.jpg

20121111-223410.jpg

20121111-223435.jpg

20121111-223455.jpg

20121111-223516.jpg

20121111-223533.jpg

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 11/11/2012 w Uncategorized